O (więcej niż) pracy

Straciłam moje idealne miejsce pracy. Straciłam dużo więcej niż pracę: zajęcie, które mnie definiowało, życiowy punkt odniesienia, przestrzeń do robienia tego, co kocham, w sposób, który mnie rozwijał, moje bezpieczne miejsce. Tym wszystkim była dla mnie praca, którą wykonywałam przez ostatnie dwanaście lat.

Z drugiej strony, praca jako sposób zdobywania pieniędzy i pozycji społecznej ani – tym bardziej – jako miejsce utrzymywania kontaktów społecznych zupełnie mnie nie obchodzi. Konieczność zarabiania pieniędzy to jeden z moich największych stresorów w życiu. Gdybym nie musiała się utrzymywać, robiłabym tylko to, co mnie pasjonuje, zapewne jak wiele innych osób. Tyle że moje możliwości adaptacyjne do wykonywania jakiejkolwiek pracy są naprawdę niskie, a poziom lęku społecznego – kosmiczny. Sens ma dla mnie tylko praca zgodna z moimi zainteresowaniami, a kłopot polega na tym, jak utrzymać się z pasji.

Przed idealnym miejscem pracy, czyli fundacją założoną wspólnie z moją bliską osobą, było wiele przypadkowych źródeł zarobkowania: od hurtowni książek przez urząd miasta aż do domu opieki. Wszystkie wyczerpujące i stresujące. Również frustrujące, bo nie potrafiłam zaangażować się w pełni w coś, co mnie nie interesowało, mimo że zdobycie i utrzymanie pracy wiązało się za każdym razem z ogromnym wysiłkiem. Porzuciłam wiele miejsc pracy, czasem w trybie „palenia mostów”. Na pełen etat w zespole najdłużej pracowałam przez rok: codziennie po pracy wracałam do domu i do końca dnia leżałam pod kołdrą. Nie rozumiałam, że się przeciążam, nie miałam wtedy diagnozy ZA. Wiedziałam tylko, że długo tak nie dam rady.

Dlaczego fundacja była dla mnie idealnym miejscem pracy? Z wielu względów:

  1. wykorzystywałam i rozwijałam w niej moje szczególne zainteresowania: historię kobiet, pracę z tekstem, wydawanie książek, archiwistykę społeczną,
  2. większość obowiązków wykonywałam samodzielnie,
  3. pracowałam w małym, trzyosobowym zespole, który oprócz mnie tworzyły bliskie mi osoby,
  4. mogłam pracować z domu,
  5. w zespole nie było hierarchii, decyzje podejmowałyśmy wspólnie, czyli miałam na nie wpływ. Jeśli myślicie, że tak się nie da, to powiem tylko tyle, że przez dwanaście lat nie było ani jednej sytuacji, w której moje współpracowniczki zrobiłyby coś, na co nie było mojej zgody,
  6. mogłam wybierać sposób zaangażowania, np. rezygnować ze szczególnie stresujących mnie aktywności na rzecz takich, w których czułam się bezpiecznie.

To wszystko było istotniejsze niż brak stabilności finansowej czy możliwości brania urlopów i zwolnień lekarskich (wszystkie pracowałyśmy na śmieciówkach, a przychody były tylko wtedy, kiedy udawało się zdobyć dotacje na projekty). A najważniejsza była świadomość, że robimy jakąś zmianę społeczną, że to, czym się zajmuję, ma wpływ na konkretne osoby i rzeczywistość, choćby tylko lokalną.

Poza tym miałam dużo szczęścia: moja bliska osoba, z którą zakładałam fundację, była dla mnie jednocześnie kimś w rodzaju mentorki, miała ode mnie większe doświadczenie w pracy w organizacji, dzieliła się wiedzą i umiejętnościami, pokazywała, jak sobie radzić, motywowała mnie i wzmacniała. To było dla mnie niesamowicie ważne, ponieważ: 1. nie umiałam prosić o pomoc (nadal mam z tym kłopot), 2. nie wierzyłam w siebie, 3. jako depresyjna osoba ciągle „zapominałam”, w czym jestem dobra. Chciałabym, żeby inne dziewczyny z ZA też dostawały takie wsparcie, to dlatego wymyśliłam ZAwodowe ZAprzyjaźnianie.

 

leosia

 

To miało być moje bezpieczne miejsce pracy na całe życie. Nie udało się, bywa. Jeszcze nie wiem, co dalej, na razie przyzwyczajam się do myśli, że nie będę już robić tego, czym zajmowałam się przez większość mojego dorosłego życia. Wiem tyle, że w pracy: nie mogę mieć kontaktu z ludźmi przez pięć dni w tygodniu i zasadniczo chcę mieć go jak najmniej, najchętniej pracuję samodzielnie, nie jestem w stanie dogadywać się z osobami, które nie biorą pod uwagę mojego zdania i mam jeszcze co najmniej kilka bardzo konkretnych wymagań. Wciąż muszę uczyć się wielu rzeczy, np. tego, jak nie pozwolić wykorzystywać się osobom, które chętnie nie płacą za moją pracę. Wygląda na to, że moje życie zawodowe będzie do końca walką o przetrwanie. Mam sporo pomysłów i ciągły lęk, że w końcu trafię pod most. Cały czas potrzebuję wzmocnień. Za dziesięć dni kończę 40 lat i zaczynam od nowa.

10 myśli na temat “O (więcej niż) pracy”

  1. Ej kobieto, rób to samo tylko samodzielnie. Może być tak, że nie od razu w takim wymiarze, ale zmierzam do tego, że jak masz duże doświadczenie, to idź na swoje. Ja nie wiem czy jestem ZA czy nie, ale u mnie nie było wyjścia. Z powodu moich „wymagań”, tak to nazwijmy, nie byłam w stanie pracować na etacie. Teraz mam kilka małych źródeł dochodu: najem, freelance i sklep z koszulkami (w powijakach). Normalnie człowiek-orkiestra, ale przynajmniej nikt nie mówi mi co mam robić i kiedy 😉 Bardzo cenię to co piszesz.

    Polubienie

  2. To ważny wpis. Wiele mówi się o pasjach/fiksacjach osób z ASD w kontekście pozytywnym. Pełno przy tym sypania przykładami typu Gates, Einstein, czy Messi. Można by odnieść wrażenie, że aspergerowcy to geniusze, którzy w dorosłym życiu zostają profesorami. Z moich obserwacji wynika, że w tej części populacji wcale nie ma aż tak wielu naukowców. Może odsetek jest nieco wyższy niż wśród tzw. normalsów, ale nadal jest to mało. Oczywiście same kryteria diagnostyczne ZA zakładają co najmniej normę intelektualną, zaś odpowiednio wysoki IQ jakoś tam koreluje chociażby ze zdolnościami matematycznymi. To są jednak bardziej luźne dywagacje. Szkoda, że tak rzadko wspomina się o minusach posiadania obsesyjnych zainteresowań. Problem bowiem dotyka sposobu, w jaki u osób autystycznych działa ośrodek nagrody. Autyści są znacznie mniej podatni na wzmacniające bodźce płynące ze środowiska, bo ich mózgi same siebie są w stanie mocniej nagradzać niż otoczenie. Powoduje to silną nieelastyczność poznawczą, która często kończy się stanami przypominającymi nałóg. Stąd już prosta droga do zaniedbywania obowiązków i braku motywacji w dziedzinach, które nie są obiektem zainteresowania. Efekt jest taki, że aspies mogą byle jak mieszkać, byle co jeść, nie dbać o ubiór, wartościowy sen, czy uprawianie sportów. Dodając do tego siedzący, niehigieniczny tryb życia przed komputerem mamy gotową receptę na choroby krążenia, cukrzycę, czy otyłość. Z punktu widzenia wykonywanej pracy obsesyjne zainteresowania, to niekiedy za mało – zwłaszcza w warunkach dynamicznie zmieniającego się rynku zatrudnienia. Można być świetnym, analitycznie myślącym programistą, ale kompletnie zaniedbywać naukę języków obcych, która wymaga mniej myślenia a więcej wkuwania. Jeśli za tymi fiksacjami stoją jeszcze jakieś talenty, to też bywa różnie. Okazuje się, że zdolności artystyczne, muzyczne, matematyczne, sportowe, czy językowe, mogą wykluczać się, bo jakieś obszary mózgu są silnie rozwinięte, ale kosztem innych.

    Polubione przez 1 osoba

    1. @Nerd,
      stereotypy, stereotypy i jeszcze raz – stereotypy. Dobrze, że są ludzie tacy jak p. Ewa, którzy mają siłę z tym walczyć. Oby jak najdłużej. Od siebie dodam, że w kwestiach ZA i związanych z tym, jak NT postrzegają ZA, pojawiają się dwa rodzaje przegięć. Jedno, to robienie z aspergerów kompletnych nieudaczników, drugie – geniuszy.

      Co do kwestii pierwszej, to należałoby wyjaśnić, na czym ta nieudolność miałaby polegać. W kontekście zaburzeń neurologicznych występują różne, niekiedy dziwaczne deficyty. Wybitny brytyjski filozof i logik, sir Bertrand Russell, pomimo bardzo wysokiego ilorazu inteligencji, miał (podobno) duże problemy z zapinaniem guzików w koszuli. Do końca życia robiła to za niego żona. Plotki głoszą, że był nawet zdolny do tego, żeby przypalić wodę na herbatę 🙂 Widać, nienaturalnie wysoki IQ, jest pewnie też jakimś tam zaburzeniem neurorozwojowym. Wszystko rozbija się o bilans potencjalnych zysków i strat. Teraz pytanie – czy o tego typu nieudolność chodzi w przypadku ZA? O jakieś nieodwracalne deficyty, które znacznie utrudniają, lub wręcz uniemożliwiają wykonywanie podstawowych czynności? Jeśli nie, to kwestia dotyczy najprawdopodobniej wychowania, wyuczenia się, znalezienia motywacji do działania i ewentualnie – wyuczonej bezradności. Jeśli dana osoba ma potencjał rozwojowy w postaci przynajmniej normy intelektualnej plus wsparcie w rozwoju ze strony szkoły i rodziców, to w moim przekonaniu, problemu nie ma. Nad tym wszystkim da się popracować. Oczywiście istnieją pewne uwarunkowania, które mogą ten proces zaburzać – nie każdy urodził się w wielkim mieście, nie każdy ma zamożnych, wykształconych i otwartych na świat rodziców. Bywają aspergerowcy mieszkający w Koziej Wólce, klepiący biedę, posiadający rodziców z wykształceniem zawodowym, albo bez matury. Do tego może dochodzić alkohol, przemoc, albo wychowanie w rodzinie niepełnej. Inaczej rozwijają się jedynacy a inaczej dzieci z rodzin wielodzietnych, gdzie ma się starsze/młodsze rodzeństwo. To wszystko potem jakoś tam procentuje.

      Druga rzecz, to wyskakiwanie z GENIUSZAMI, czy doszukiwanie się WYBITNYCH UZDOLNIEŃ u ludzi, którzy mają zaledwie OBSESYJNE ZAINTERESOWANIA. Niektórzy twierdzą, że talent jest ważny, ale to nie wszystko – 80% sukcesu, to ciężka praca. Oczywiście pod warunkiem, że najpierw się ów talent posiada. Jednak nawet ludzie przeciętni, jeśli tylko mają motywację i poświęcają sporo czasu na naukę, to coś tam zawsze osiągną. Nie koniecznie muszą to być wybitne osiągnięcia, ale jakiś tam stopień profesjonalizmu w pewnej dziedzinie, pozwalający na bycie dobrym w swoim fachu. Pytanie zasadnicze, czy faktycznie jest tak, że ZA w ogólności nie daje z góry żadnych talentów? Coś tam daje, chociażby dobrą pamięć długoterminową, dostrzeganie szczegółów, wychwytywanie powtarzalnych wzorców, czy zdolność do myślenia obrazami. Jednak wiążą się z tym problemy. Pamięć robocza może kuleć. Pamięć długofalowa może okazać się wybiórcza i trudna do ukierunkowania. Wcale nie jest powiedziane, że będziemy pamiętać to, co należy. Możemy pamiętać o jakiś śmieciowych sprawach, przy jednoczesnym braku motywacji do zapamiętywania rzeczy ważnych. Dobra pamięć długoterminowa przyda się zarówno podczas studiowania historii, prawa, czy medycyny. Może być tak, że kogoś pociąga historia i chętnie się w tym kierunku rozwija, zapamiętuje daty, nazwiska i wydarzenia. Super, dobra pamięć jest jak znalazł. Jeśli jednak okaże się, że na rynku nie ma popytu na historyków i lepiej, żeby taki ktoś skończył medycynę, to pomimo posiadania dobrej pamięci, może okazać się niezdolny (niezmotywowany) do przeorientowania na inną dziedzinę wiedzy. W ZA występuje przecież znaczna nieelastyczność, która najprawdopodobniej jest ściśle związana z dobrą pamięcią. Tak to bywa z tymi supermocami. O różnych tam zdolniachach w obrębie nauk ścisłych – z warszawskiego „Staszica”, albo krakowskiego „Witkowskiego” nie wspominając. To są dopiero ewenementy. Z jednej strony licea te są w stanie zmonopolizować Olimpiadę Informatyczną, albo wystawiać ludzi w rozmaitych międzynarodowych zawodach matematycznych. Z drugiej strony, ci ludzie potrafią ledwo się prześlizgnąć na maturze z polskiego a bywa i tak, że nawet uwalają – posiadając w kieszeni indeks umożliwiający im studiowanie chociażby i na Cambridge. Trudno nawet powiedzieć, czy to są dobrzy uczniowie. To są często tacy dwójowo-szóstkowi, w zależności od tego, o jaki przedmiot chodzi. Matematyka, informatyka, czy fizyka jest na 6, zaś reszta – żeby tylko nie kiblować. Skąd to się bierze? Czy zdolności do nauk ścisłych wykluczają się z humanistycznymi? A może po prostu cały czas poświęcają na programowanie i rozwiązywanie zadań, przez co zaniedbują inne przedmioty? Wszystko też może rozbijać się o pogardę dla humanistyki i patrzenie z wyższością na humanistów. A im wybitniejsze osiągnięcia w danej dziedzinie, tym większe deprecjonowanie innych.

      Polubienie

      1. „Druga rzecz, to wyskakiwanie z GENIUSZAMI, czy doszukiwanie się WYBITNYCH UZDOLNIEŃ u ludzi, którzy mają zaledwie OBSESYJNE ZAINTERESOWANIA”.

        To prawda, ale najczęściej ludzie rozwijają swoje zainteresowania w tych kierunkach, do których mają największe, wrodzone predyspozycje.
        Jeżeli ktoś ma jakiś tam minimalny talent malarski, ale jest nogą z matmy, to raczej nie należy spodziewać się, że będzie pokładał swoje zainteresowania w matematyce. To na prawdę wymagałoby solidnego samozaparcia. Nie ma co, zbyt duża frustracja, zwłaszcza gdy pod ręką dostępne są inne czynności, przyjemniejsze, w których efektywność jest wyższa.

        „Dobra pamięć długoterminowa przyda się zarówno podczas studiowania historii, prawa, czy medycyny”.

        Z tą dobrą pamięcią też bywa ciekawie. Nie jest wcale takie oczywiste, że z faktu posiadania dobrej pamięci wynika umiłowanie do uczenia się na pamięć. Być może tak jest u dzieci w spektrum, ale u dorosłych zauważyłem coś z goła odmiennego. Dorosłych spektralsów często mierzi takie wkuwanie Dekalogu, czy uczenie się na pamięć setek łacińskich nazw części ludzkiego ciała. Sam uważam, że to odmóżdżające i preferuję analizowanie oraz myślenie dedukcyjne. Nie znoszę, jak coś z czegoś nie wynika, bo wtedy nie pozostaje nic innego, jak po prostu przyjąć, że tak jest i zapamiętać. Bezcelowe okazują się pytania w stylu „dlaczego tak jest”.

        „Z jednej strony licea te są w stanie zmonopolizować Olimpiadę Informatyczną, albo wystawiać ludzi w rozmaitych międzynarodowych zawodach matematycznych. Z drugiej strony, ci ludzie potrafią ledwo się prześlizgnąć na maturze z polskiego a bywa i tak, że nawet uwalają – posiadając w kieszeni indeks umożliwiający im studiowanie chociażby i na Cambridge”.

        Coś jak z Einsteinem. Wbrew pogłoskom, on był całkiem dobrym uczniem i studentem. Miał jednak jakieś takie wyskoki.

        „W październiku 1895 r. przyjechał do Zurychu, gdzie przystępował do egzaminu wstępnego na tamtejszą politechnikę. Potrzebował na to specjalnego pozwolenia, gdyż brakowało mu dwóch lat do minimalnego dopuszczalnego wieku. Próba zdania egzaminu zakończyła się niepowodzeniem. Powodem były słabe wyniki egzaminów z przedmiotów humanistycznych”.

        Niestety, ale taka wybiórcza chęć do uczenia się jednych przedmiotów i olewania innych, nie kończy się wraz ze szkołą, czy studiami. Pozostaje w życiu dorosłym i w przypadku niektórych osób jest największym problemem, który się wiąże z pracą zawodową, bo jedną czynność lubię, zaś innej nienawidzę.

        Polubienie

  3. Poza geniuszem bywa jeszcze inne zjawisko, które nazwałabym falstartem mózgowym. U niektórych ludzi można spotkać się ze zbyt wczesnym rozwojem pewnych cech psychicznych, co rzuca się w oczy, zwłaszcza u dzieci. Jednak rozwój ten ma swoje górne limity i po osiągnięciu ich, dalszy postęp nie jest już tak spektakularny. Można powiedzieć, że takie osoby po prostu wcześniej dochodzą do pewnej sprawności intelektualnej, która wcale jakaś nadludzka nie jest

    Polubienie

  4. Strasznie mi smutno, jak czytam tę dyskusję. Odnoszę wrażenie, że gdy jakaś osoba osiągnie tzw. „sukces” postrzegany obiektywnie (wykonuje dobrze płatną i/lub prestiżową pracę zgodną ze swoimi pasjami, potrzebami, wyborami) lub subiektywnie (zarządza swoim życiem zgodnie ze swoimi pasjami, potrzebami i wyborami, nie musząc się obawiać tego, że skończy pod mostem, bo np. jest w związku, w którym partner lub partnerka zaspokajają potrzeby finansowe rodziny) – że w takich sytuacjach nie rozlicza się tej osoby z tego, czy ma ZA (lub co innego) czy nie ma. Zwykle patrzy się na nią z uznaniem i jej wybory są prawomocne, a to, że postanowiła być wierna swoim potrzebom, postrzega się jako jej siłę, zasób, wzór do naśladowania. Ta sama sprawa w przypadku osoby społecznie „nieustawionej” (choćby dlatego, że wykształciła się w dziedzinie, w której płace w żaden sposób nie odzwierciedlają kompetencji, a branża, w której pracuje, nadużywa swoich pracowników) nagle wymaga diagnozy, a ktoś jeśli ma niefart diagnozę mieć – rozliczenia z braku elastyczności, nieadaptacyjności itd itp. To, co u jednego jest wyborem (chciał być informatykiem i został informatykiem, dobrze zarabia, nie chciał pracować z ludźmi, nie pracuje, wolny człowiek, swiadomy swoich potrzeb), u drugiego – deficytem (chciała być pisarką, ale nie rozumie, że na tym nie zarobi, jest nieadaptacyjna i nieelastyczna, egoistycznie wierna obsesyjnym zainteresowaniom tam, gdzie oczekuje się wierności drapieżnemu rynkowi pracy). Fuck i tyle w temacie. Życzę Ci, Ewo, ostoi w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych i dobrego nowego otwarcia w sprawach zawodowych. Mam nadzieję, że twoje poczucie własnej wartości ma się lepiej niż moje.

    Polubione przez 1 osoba

    1. i – chciał nie chciał, żyjemy w społeczeństwie, gdzie panuje męska, socjodarwinistyczna mentalność. Ważna jest konkurencja i hołdowanie zasadzie ‚więcej, szybciej, lepiej’. Dawniej była to nazistowska pycha i mania wielkości, dzielenie na ‚Untermenschów’ i ‚Übermenschów’. Obecnie jest to raczej neoliberalny socjodarwinizm. Trzeba być inteligentnym, wykształconym, elastycznym i potrafiącym pracować zespołowo korpo-japiszonem. Na nic zdają się uwagi ekonomistów, jak bardzo ważny jest sektor małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP, ‚misie’), który daje zatrudnienie 70% Polakom. Na blogach i fanpejdżach ludzi z ZA też w kółko wałkowany jest temat korpo oraz młodych, wykształconych z wielkich miast. Wyskakiwanie z aspi-geniuszami, zamiast pomagać poprawiać wizerunek ludzi z ZA w społeczeństwie, rodzi tylko straszną frustrację wśród tych, którzy geniuszami nie są, a jest ich większość. Nie każdy jest świetnym programistą, olimpijczykiem, czy pracownikiem międzynarodowej korporacji. Sporo jest natomiast ludzi, którzy niedomagają zarówno fizycznie, jak i umysłowo (w pewnym sensie). Modne ostatnio jest pokazywanie ludzi w spektrum, którzy świetnie pływają, parają się wspinaczką, czy jeżdżą na snowbordzie. Ma to służyć walce ze stereotypami na temat osób z ZA. Jak ma się jednak czuć w takiej sytuacji autystyczna ‚oferma’, ‚fujara’, czy ‚d***a wołowa’, z obniżonym napięciem mięśniowym, słabą koordynacją ruchową i nadwagą? ‚No co, nawet jednego razu się nie podciągniesz na drążku?’. Jedyny efekt takich akcji, to wpędzanie innych aspich w kompleksy. Sytuację pogarszają stwierdzenia w stylu, że ofermowatość nie jest nierozerwalnie związana z ZA. Niektórzy tak mają, inni nie. Takie komentarze silnie oddziałują na ludzi, którzy mają obniżone poczucie wartości oraz silne poczucie sprawiedliwości. Z jednej strony przygnębiają, z drugiej rodzą zawiść i poczucie winy. Nie inaczej jest z tymi wszystkimi geniuszami. Od jakiegoś czasu narasta konflikt pomiędzy rodzicami dzieci z autyzmem a aspergerowymi ‚geniuszami’. Jednym z nich jest niejaki Kosma Moczek. Człowiek robi wrażenie wyjątkowo nieskromnego, z przerośniętym ego, na każdym kroku podkreślającym, jaki to ma wysoki IQ. Rodziców dzieci autystycznych solidnie wkurzył swoim brakiem delikatności. Mając dzieci z autyzmem kannerowskim i niekiedy upośledzeniem umysłowym, oni nawet nie oczekują, że wyrosną z nich geniusze. Dobrze, jeśli jako dorośli, w miarę poradzą sobie z samoobsługą. Nie dziwi więc, że sfrustrowani rodzice mówią, że ich dzieci mają ‚prawdziwy autyzm’, czy też ‚głęboki autyzm’, bo przepaść jest głęboka. To tak, jakby porównywać małego fiata 126P z Audi.

      Polubienie

    2. ” Odnoszę wrażenie, że gdy jakaś osoba osiągnie tzw. „sukces” postrzegany obiektywnie (wykonuje dobrze płatną i/lub prestiżową pracę zgodną ze swoimi pasjami, potrzebami, wyborami) lub subiektywnie (zarządza swoim życiem zgodnie ze swoimi pasjami, potrzebami i wyborami, nie musząc się obawiać tego, że skończy pod mostem, bo np. jest w związku, w którym partner lub partnerka zaspokajają potrzeby finansowe rodziny) – że w takich sytuacjach nie rozlicza się tej osoby z tego, czy ma ZA (lub co innego) czy nie ma”.

      @i,
      wszystko rozbija się o to, co nazywam bilansem potrzeb i możliwości. Spotykam osoby na spektrum, które zarabiają całkiem sporo, ale jakoś bezmyślnie trwonią pieniądze na swoje pasje i w sumie ciągle im mało. Widuję też urodzonych minimalistów, którzy swojego minimalizmu nie musieli się nigdy wyuczać, bo po prostu zawsze tacy byli. Tym ludziom wystarczy poziom życia przeciętnego emeryta i oni są z tego zadowoleni. Zastanawiam się tylko, czy jedni i drudzy faktycznie dokonywali w życiu jakiś wyborów? Wolna wola, którą człowiek jest obdarzony, polega nie na tym, że mam to co chcę, tylko na tym, że mogę rozumnie panować nad swoimi zachciankami, popędami, czy instynktami – w tym także nad poznawczą nieelastycznością. To się nazywa wolność wewnętrzna. Otaczająca nas rzeczywistość to nie hipermarket, w którym mogę sobie wybierać do koloru, do wyboru. Pracodawcy są w stanie zaoferować mi jedynie takie stanowiska pracy, za których utrzymanie są skłonni płacić. Płacić natomiast chcą, bo trafiają na klientów-konsumentów, którzy mają takie a nie inne potrzeby i, którzy generują popyt na określone produkty czy usługi. Podsumowując – są ludzie na spektrum, którzy mają niewzruszone zainteresowania od najmłodszych lat. Nie zmieniają ich przez całe życie a jedynie pogłębiają. Szczęściarze, niemniej to nie ich zasługa. Mieli tego farta, że urodzili się w określonym miejscu, w określonym czasie i trafili w odpowiednią niszę, która była nieomal idealnie dopasowana do ich profilu umysłowego.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s